REKLAMA


 

REKLAMA


 

Niesielskie życie daleko od szosy – cz. 2 Jakub Ostałowski

Niesielskie życie daleko od szosy – cz. 2

Dlaczego w Polsce tak trudno walczyć z afrykańskim pomorem świń i czy jego epidemia zmieni wieś, mówi prof. dr hab. Zygmunt Pejsak z Państwowego Instytutu Weterynaryjnego – Państwowego Instytut Badawczego w Puławach.


 

 

 

Naszym rozmówcą jest

Zygmunt Pejsak
Państwowy Instytut Weterynaryjny – Państwowy Instytut Badawczy w Puławach
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  

 

Prof. dr hab. Zygmunt Pejsak jest jednym z czołowych na świecie specjalistów z zakresu epizootiologii i hyopatologii. W PIWet – PIB w Puławach od 30 lat kieruje Zakładem Chorób Świń. Jeden z założycieli Europejskiej Szkoły Specjalistów Chorób Świń (European College of Porcine Health Management – ECPHM). Członek rzeczywisty PAN. 

 


 

Academia: W Polsce afrykański pomór świń (ASF) pojawił się w lutym roku 2014. We wrześniu 2016 r. wykryto 23. jego ognisko. Do chwili obecnej zarejestrowano również 117 przypadków tej choroby u dzików. Jak wielkim problemem jest afrykański pomór świń?

Zygmunt Pejsak: Niestety, ogromnym. ASFV – czynnik etiologiczny choroby – to wirus należący do rodziny Asfarviridae. Jest chorobotwórczy wyłącznie dla świń i dzików. Ponieważ ludziom z jego strony nic nie grozi, w niektórych krajach, takich jak Rosja czy Ukraina, ubija się niekiedy chore zwierzęta i robi z nich wyroby wędliniarskie. Z powodu tego rodzaju nieodpowiedzialnych działań ASFV może w określonych warunkach swobodnie się rozprzestrzeniać, bo wędzenie, solenie czy też peklowanie lub mrożenie nie zabija wirusa.

 

W jaki dokładnie sposób dochodzi do rozprzestrzenienia choroby?

Przyczyną wybuchu ognisk (ogniskiem określa się wystąpienia ASF u świń) choroby i szerzenia się zakażeń ASFV w populacji świń w każdym przypadku było nieprzestrzeganie podstawowych zasad bioasekuracji, w tym przede wszystkim wprowadzenie do chlewni świń zakażonych ASFV zakupionych z nieznanego źródła pochodzenia, a w dalszej kolejności zlewek zanieczyszczonych tym wirusem. Człowiek może wprowadzić ASFV do stada świń na butach, ubraniu, na włosach czy poprzez wykorzystywane sprzęty – zanieczyszczone wirusem. Źródłem wirusa dla zwierząt może też być zanieczyszczona tym drobnoustrojem kiełbasa lub inne wyroby wyprodukowane z wykorzystaniem mięsa pochodzącego od zakażonych świń lub dzików. Zdarzyło się, że wektorem w szerzeniu choroby była słoma zanieczyszczona tkankami dzika padłego z powodu ASF.

 

W jaki sposób zwalcza się ASF?

Mimo ogromnych nakładów ze strony m.in. firm farmaceutycznych do dzisiaj nie opracowano skutecznej szczepionki, co związane jest z właściwościami biologicznymi czynnika etiologicznego tej choroby, w tym jego dużą zmiennością genotypową (22 genotypy) i niezdolnością do indukowania powstania swoistych przeciwciał neutralizujących. Dlatego we wszystkich rozwiniętych rolniczo krajach świata jedynym sposobem zwalczania ASF jest administracyjna likwidacja zwierząt i ich utylizacja. Dodatkowo zazwyczaj wybija się wszystkie świnie w tak zwanej strefie zapowietrzonej – o promieniu 3 km od ogniska. W większości krajów, w tym w Polsce, właściciel zwierząt otrzymuje pełną rekompensatę za zlikwidowane stado.

 

Pojawienie się ogniska ASFV powoduje także, że w promieniu kolejnych 7 km – w tak zwanej strefie zagrożonej – wprowadzonych zostaje wiele rygorów administracyjnych, które w sposób istotny ograniczają możliwości przemieszczania świń i znacznie utrudniają ich produkcję; budzi to niejednokrotnie zdecydowany sprzeciw hodowców i producentów tego gatunku zwierząt. Jednym z rygorów związanych ze zwalczaniem ASF w regionach, w których ta choroba wystąpiła, jest dokonywanie uboju tuczników wyłącznie w określonych rzeźniach i wykorzystywanie mięsa z w pełni zdrowych świń, ale pochodzących ze stref z ograniczeniami, wyłącznie do produkcji konserw. Są one w 100% bezpieczne zarówno dla ludzi, jak i zwierząt. I można stwierdzić, że najlepsze z możliwych, bo znajduje się w nich wysokiej wartości mięso.

 

Procedury związane ze zwalczaniem pomoru są nie tylko skomplikowane, lecz także drogie?

Tak, bardzo. Zazwyczaj kosztują więcej niż dokonanie uboju świń w rzeźni i ich przetworzenie. Dla przykładu wystąpienie ASF w jednej małej chlewni przyzagrodowej na Podlasiu doprowadziło do likwidacji 49 świń w pięciu innych małych chlewniach. Na zabicie takiej liczby zwierząt oraz oczyszczenie i dokonanie dezynfekcji chlewni Skarb Państwa musiał wydać 54 tys. zł. Gdyby taka sytuacja zaistniała np. w regionie o znacznej liczbie dużych gospodarstw, np. w Wielkopolsce, koszty sięgałyby dziesiątek milionów złotych.

 

Problemy społeczne wynikają m.in. z faktu, że rolnik, w którego gospodarstwie stwierdzono ASF, może podjąć chów świń najwcześniej po 40 dniach od likwidacji stada. Z wielu powodów, np. w przypadku pojawienia się kolejnych ognisk, czas ten zostaje wydłużony nawet do kilku miesięcy.

 

Można naiwnie pomyśleć, że skoro ludziom nic z powodu ASFV nie grozi, to nie ma co się tak bardzo przejmować?

Przejmujemy się z wielu powodów, przede wszystkim dlatego, że chorobę nie jest łatwo zwalczyć. Po pierwsze, jak już wspomniałem, nie ma dobrej szczepionki, po drugie, nigdy w historii ASF nie występował w populacji dzików.

 

Należy przyjąć, że eradykacja (eliminacja) wirusa z populacji dzików z wielu powodów będzie trwała bardzo długo. Przed wszystkim ze względu na behawior tych zwierząt, a po drugie dlatego, że ich odstrzał na niektórych terenach, np. Białowieskiego Parku Narodowego, jest praktycznie niemożliwy. Tymczasem długotrwałe utrzymywanie się ASFV w populacji dzików może doprowadzić do sytuacji, że choroba ta z formy ostrej przekształci się w chroniczną, przy której część zakażonych zwierząt będzie przeżywała zakażenie i stawała się długotrwałymi siewcami wirusa, co w sposób zasadniczy utrudni jej zwalczanie.

 

To niedobrze?

Niedobrze, bo przez lata możemy mieć źródło wirusa „w lesie”. W takiej sytuacji w każdym momencie nieodpowiedzialne zachowanie ludzi może doprowadzić do przeniesienia choroby z lasu do stada świń, np. drogą mięsa pochodzącego od odstrzelonych – a bardziej prawdopodobne „skłusowanych” – zakażonych ASFV dzików. Wektorem w przemieszczaniu się wirusa „z lasu” do chlewni mogą też być ludzie, np. zbierający grzyby. Mogą oni przenieść czynnik etiologiczny choroby z lasu do chlewni np. na butach. Ostatnia nasza porażka w walce z ASF w lipcu, sierpniu i we wrześniu br. była konsekwencją tego, że właściciel, któremu świnie zaczęły chorować, sprzedał tanio chore zwierzęta i tą drogą wprowadził ASFV do kilku innych gospodarstw.

 

Jak to możliwe? Kontrola hodowli jest niewystarczająca?

W Polsce obowiązują bardzo jasne przepisy: każdy hodowca i producent jest zobowiązany zgłosić do Agencji Rynku Rolnego fakt posiadania świń, które powinny zostać trwale oznakowane. Niestety, wielu rolników lekceważy ten obowiązek, czego skutkiem jest obecność na rynku zwierząt z gospodarstw niezarejestrowanych. Oczywiście rolnicy nie powinni takich zwierząt kupować. Niestety, w praktyce bywa z tym różnie. Zauważalne jest to przede wszystkim we wschodniej części kraju.

 

Z czego to wynika?

Przede wszystkim z niskiej świadomości znacznego odsetka właścicieli zwierząt. Dotyczy to przede wszystkim tych „małych” utrzymujących 2–3 tuczniki. Konsekwencje wystąpienia ASF w takich gospodarstwach są dla właściciela mniej bolesne niż wtedy, gdy choroba wystąpi u poważnego producenta. Niestety, brak rozsądku ze strony wielu drobnych rolników może powodować (i powoduje) ogromne problemy u profesjonalnych – średnich i dużych – producentów tuczników. W skrajnym przypadku problem mogą mieć wszyscy producenci świń w Polsce. Z tego powodu uważam, że rolnicy, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad bioasekuracji stad, powinni zostać zmuszeni do zaprzestania chowu świń. Niewprowadzenie tej zasady niesie ze sobą ogromne ryzyko dla całej branży związanej z produkcją świń i wieprzowiny.

 

Pana pogląd spotyka się z oporem rolników?

Owszem, przede wszystkim tych drobnotowarowych. Profesjonaliści mają zdanie podobne do mojego – zdają sobie sprawę, czym grozi wystąpienie ASF u sąsiada utrzymującego kilka świń. Działania w zakresie ograniczania produkcji w chlewniach nieprzestrzegających podstawowych zasad bioasekuracji są, niestety, ze względów społecznych mało zdecydowane. Między innymi z tego powodu choroba, aczkolwiek stosunkowo wolno, to jednak konsekwentnie, przesuwa się w głąb kraju.

 

W wielu krajach Europy Zachodniej w takim przypadku postępuje się bardzo radykalnie. Ustalone prawo jest tam dla dobra wszystkich konsekwentnie przestrzegane i realizowane. W Polsce przeważa nadmierna wyrozumiałość dla tych, którzy łamią prawo. Dokładnie kontrolujemy przepisy i regulacje prawne w wielu ogniwach tak zwanego łańcucha żywnościowego – od rzeźni poczynając, a na restauracjach kończąc, nie jesteśmy tak wymagający i restrykcyjni, jeżeli chodzi o to, co obecnie najważniejsze – przestrzeganie zasad bioasekuracji przez hodowców i producentów świń. A w obecnej sytuacji może to nas bardzo drogo kosztować.

 

Zrobiliśmy symulację, ile trzeba by było wydać budżetowych pieniędzy w przypadku wystąpienia ogniska na obszarze, gdzie są duże chlewnie. Jeśli w okręgu zapowietrzonym, na przykład w jednej gminie powiatu wolsztyńskiego, mamy 146 gospodarstw i 25 tys. świń, ich likwidacja kosztowałaby 15 mln.

 

Do gospodarstwa dobrze bioasekurowanego wirus nie ma szans się dostać?

Praktycznie nie ma. Niestety, u nas bardzo dobrze bioasekurowanych jest może 10 proc. chlewni, tych najnowocześniejszych.

 

A co z dzikami?

Dziki są aktualnie głównym źródłem wirusa. Mam nadzieję, że ogromna większość zainteresowanych zwalczeniem ASF ma już tego świadomość. Niestety, nie wszyscy decydenci podzielają ten pogląd. Co ważne, dziki padłe z powodu ASF są groźniejsze niż zakażone tym drobnoustrojem, ale żywe.

 

Dzik żywy ma szansę siać wirus maksymalnie przez 8‒10 dni. Dzik padły może być źródłem wirusa przez miesiące. Dlatego też w moim przekonaniu wzorem innych – sąsiadujących z nami – krajów dotkniętych ASF powinniśmy w regionach dotkniętych chorobą aktywnie poszukiwać dzików padłych, zbierać je i utylizować. Tym sposobem w sposób zasadniczy ograniczymy ilości wirusa w kraju i liczbę jego źródeł. W moim przekonaniu jest to jedno z najważniejszych zadań w programie zwalczania ASF. Wykazano, że odpłatne poszukiwanie dzików padłych 6-krotnie zwiększa liczbę znalezionych zwierząt.

 

Pomór do naszego kraju przyniosły właśnie dziki?

Tak. Pierwsze przypadki stwierdziliśmy w lutym 2014 r. kilkaset metrów od granicy z Białorusią. Znaleźliśmy tam 2 padłe dziki, zakażone ASF, oddalone od siebie o około 10 km – taka odległość między padłymi z powodu ASF dzikami była zaskakująca. Z tym że szerzenie się ASF w populacji dzików w naszym kraju było stosunkowo wolne – przez pierwsze dwa lata wirus przemieścił się na odległość „tylko” 35 km od granicy wschodniej. Później istotną rolę w rozprzestrzenianiu się ASF odegrał człowiek.

 

Przydałaby się lepsza edukacja?

Tak. Świadomość rolników jest najważniejszym elementem skutecznego zwalczania ASF nie tylko w naszym kraju, ale także w każdym innym. Niestety, jak zapewne większość z nas zdaje sobie sprawę, podnoszenie świadomości ludzi jest zadaniem trudnym i czasochłonnym, a my mamy mało czasu. Prawie wszystkie ogniska ASF wynikały z podstawowych błędów ludzi zajmujących się chowem świń, w tym lekceważeniem wszystkich znanych dobrze zasad postępowania w tym zakresie.

 

Odtworzenie dróg zakażeń to gigantyczna praca detektywistyczna.

Można tak powiedzieć. Niemniej dzięki metodom, którymi dysponujemy w Instytucie w Puławach, między innymi korzystając z technik epidemiologii molekularnej, wiemy, że wirus dotarł do nas z Białorusi i jest analogiczny do stwierdzanego w Rosji. Bardzo ważny jest właściwie przeprowadzony wywiad epidemiologiczny. Jednym słowem, w zasadzie we wszystkich ogniskach zidentyfikowaliśmy drogę wprowadzenia wirusa do stada. Wiemy, że ciągle mamy do czynienia z tym samym szczepem, który bardzo powoli ulega punktowym mutacjom i należy do genotypu II ASFV.

 

Dodam, że Krajowe Laboratorium Referencyjne do wykrywania ASF zlokalizowane w PIWet – PIB w Puławach jest jak na razie jedynym ośrodkiem w Polsce, w którym prowadzi się prace badawcze i rutynową diagnostykę ASF. Związane jest to między innymi z tym, że dysponujemy laboratoriami klasy CL3 chroniącymi w 100% przed „ucieczką wirusa” z laboratorium.

 

Każdy wynik dodatni z mocy prawa UE weryfikowany jest przez Unijne Laboratorium Referencyjne zlokalizowane w Hiszpanii. Ani razu nasze rozpoznanie nie różniło się od tego, które stwierdzono w tym laboratorium.

 

Ile jest w Polsce gospodarstw, w których są świnie?

Około 190 tys., a świń jest około 10,5 mln.

 

I przed ubojem każdą trzeba zbadać, a wszystkie próbki trafiają do instytutu w Puławach?

Nie. Badamy klinicznie i laboratoryjnie w kierunku ASF tylko świnie znajdujące się na obszarze tak zwanej strefy III (strefa objęta ograniczeniami). Badamy laboratoryjnie wszystkie dziki odstrzelone na obszarze strefie III i II (strefa ochronna) oraz wszystkie dziki padłe z obszaru całego kraju. W szczycie epizootii codziennie badamy ok. 2 tys. próbek. Każda oceniana jest co najmniej dwoma testami (PCR i ELISA). Wyniki odsyłamy do zainteresowanej inspekcji weterynaryjnej w ciągu doby. Nasze laboratorium, od chwili wybuchu ASF w Polsce, pracuje na dwie zmiany. Zaadaptowaliśmy i opracowaliśmy wiele metod diagnostycznych, które są niezawodne, szybkie i – co ważne – tanie.

 

Czy zdobyliście granty na doskonalenie metod badawczych?

Niestety, nie. Mimo że składaliśmy wiele wniosków, żaden nie został rozpatrzony pozytywnie. Zauważyłem natomiast, że sporo funduszy przeznaczono ostatnio na projekty związane z gospodarką ściekami... Niemniej nie załamujemy się i składamy nowe wnioski do NCN i NCBiR. Mam nadzieję, że tamtejsi eksperci zrozumieją, że wartość naukowa badań i potrzeba kraju wynikająca z sytuacji epizootycznej są niekiedy równoważne.

 

Skoro wiadomo dokładnie, jak walczyć z pomorem, dlaczego w Polsce się to nie udaje?

Podobnie jak w Rosji, Angoli, Malcie i na Kubie? Ale udało się w Belgii, we Francji czy w Holandii? Po pierwsze, nigdzie dotychczas ASF nie występował w populacji dzików. Po drugie, struktura naszego rolnictwa, w tym hodowli świń, różni się zasadniczo od tej, która funkcjonuje w innych krajach Europy. U nas są to przede wszystkim gospodarstwa drobnotowarowe. Liczba ich jest większa niż liczba chlewni w całej „starej” Unii, różny jest też poziom świadomości i odpowiedzialności „małych” hodowców świń. W końcu chyba nie byliśmy dostatecznie zdeterminowani w zakresie istotnego ograniczenia, bardzo licznej w naszym kraju, populacji dzików i zamykania chlewni niespełniających podstawowych zasad bioasekuracji. Zauważam, że w ostatnich miesiącach sytuacja w tym zakresie ulega wyraźnej, pozytywnej zmianie.

 

Ale zagęszczenia dzików na wschodzie Polski są wysokie – po kilkaset zwierząt na nadleśnictwo. Szukanie po lasach tych padłych to syzyfowa praca.

Nie taka znowu syzyfowa. W Estonii w ciągu roku znajdują 1500 dzików, na Łotwie 1200. A my na obszarze występowania ASF znajdujemy kilkadziesiąt. Warto dodać, że we wszystkich wymienionych krajach, w tym w Polsce, u około połowy padłych dzików stwierdza się obecność ASFV.

 

Bo nikt ich nie szuka?

Niestety. Bo jak się nie szuka, to nie ma problemu. Jak już wspomniałem, sytuacja chyba się zmienia, mam nadzieję, że wkrótce efektywność eliminacji wirusa z populacji dzików poprzez aktywne poszukiwanie padłych osobników wyraźnie się poprawi. Podejmujemy już intensywne działania zmierzające do ograniczenia gęstości populacji dzików, tak by nie przekraczała ona w każdym obwodzie łowieckim 0,5 dzika na kilometr kwadratowy. Z badań wynika, że kiedy gęstość populacji dzików jest mniejsza od wspomnianego wskaźnika, to szerzenie się ASF jest dużo trudniejsze.

 

Co to znaczy aktywne poszukiwanie?

Unia Europejska dopłaca do każdego znalezionego padłego dzika. Nawet na Białorusi za znalezienie padłego dzika płacą kilkadziesiąt euro. Podobnie na Łotwie, Litwie i w Estonii.

 

W tej chwili wirus zatrzymał się na wschód od linii Wisły. Jeśli pojawi się na zachodzie, Polska zostanie objęta embargiem.

Ależ my już jesteśmy objęci embargiem. Między innymi Rosja, Chiny i Japonia, które działając według prawa międzynarodowego, po prostu wprowadziły zakaz importu naszego mięsa. Unia Europejska traktuje nas zgodnie z prawem unijnym i pozwala na eksport świń i mięsa z całego terytorium naszego kraju – poza strefami III i II – na terytorium Wspólnoty. Może to mieć miejsce, dopóki realizujemy wszystko, co nakazuje nam Komisja Weterynaryjna UE. Zgodnie ze wspomnianym prawem unijnym nie można nam zakazać wysyłania mięsa do Niemiec, do Hiszpanii czy do Danii. Kłopot w tym, że nie zawsze chcą je od nas kupować.

 

Jaki jest dla nas najgorszy scenariusz? Zostaniemy bez świń?

Cóż, na Malcie czy na Kubie wybito wszystkie. W Polsce nie przewiduję takiego rozwoju wypadków. Powtarzam tylko, że jest to choroba, którą muszą zwalczać wszyscy, nie tylko służba weterynaryjna, bo ona nie jest w stanie sama poradzić sobie z problemem. Inspekcja weterynaryjna, na którą nałożono najwięcej zadań, ma ograniczone możliwości. W tę wojnę muszą być włączeni myśliwi, wojsko, policja i szereg innych służb. Na granicach musi to robić służba celna i graniczna inspekcja weterynaryjna.

 

W program zwalczania zaangażować się zatem powinny nie tylko Ministerstwo Rolnictwa, ale także Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministerstwo Obrony oraz Ministerstwo Ochrony Środowiska. Można powiedzieć, że to, co dotychczas niejednokrotnie było problemem, to znaczy przepisy prawa – od niedawna mamy gotowe. Trzeba je tylko egzekwować.

 

A jak się panu podoba idea budowy wzdłuż granicy płotu wkopanego na 40 cm w dół, żeby dziki nie mogły się przekopać? Mogłoby to pomóc czy stalibyśmy się pośmiewiskiem w Europie?

Jakkolwiek jest w Polsce wielu zwolenników takiego rozwiązania, osobiście uważam, że w obecnej sytuacji pomysł jest nie do przyjęcia. Co zrobimy z ogrodzeniem, jak ASF wraz z dzikami lub poprzez ludzi (co bardziej prawdopodobne) przesunie się do Wisły? Poza tym jest jeszcze wiele innych powodów, dla których taka inwestycja nie zostanie podjęta.

 

Rozmawiała Agnieszka Kloch

zdjęcia Jakub Ostałowski

 

© Academia nr 3 (47) 2016

 


Czytaj także:

„Niesielskie życie daleko od szosy – cz. 1” – wywiad z dr hab. Moniką Stanny i prof. dr. hab. Andrzejem Rosnerem na temat raportu o stanie polskiej wsi

Oceń artykuł
(0 głosujących)

„Academia” 2016

    

  

                                                          

„Academia” 2015

    

 

    

 

                                                             

„Academia” 2014

    

    

„Academia” 2013

    

    

„Academia” 2012

         

     

„Academia” 2011

   

    

„Academia” 2010

    

    

„Academia” 2009

    

    

„Academia” 2008

    

    

„Academia” 2007

    

    

„Academia” 2006

    

    

„Academia” 2005

    

    

Komentarze

O serwisie

Serwis naukowy prowadzony przez zespół magazynu Academia PAN.Academia Zapraszamy do przysyłania informacji o badaniach, aktualnie realizowanych projektach naukowych oraz imprezach popularyzujących naukę.

 

Dla użytkowników: Regulamin

Pliki cookies

Informujemy, że używamy ciasteczek (plików cookies) w celu gromadzenia danych statystycznych, emisji reklam oraz prawidłowego funkcjonowania niektórych elementów serwisu. Pliki te mogą być umieszczane na Państwa urządzeniach służących do odczytu stron, a korzystając z naszego serwisu wyrażacie Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Więcej informacji o celu używania i zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce: TUTAJ

Wydanie elektroniczne

Kontakt

  • pisz:

    Redakcja serwisu online
    Academia. Magazyn Polskiej Akademii Nauk
    PKiN, pl. Defilad 1, pok. 2110
    (XXI piętro)
    00-901 Warszawa

  • dzwoń:

    tel./fax (+48 22) 182 66 61 (62)

  • ślij:

    e-mail: academia@pan.pl