REKLAMA


 

REKLAMA


 

Starsze pokolenie najczęściej nie widzi powodu,  dla którego rzeczywistość, w jakiej żyli przed laty, miałaby się zmieniać Starsze pokolenie najczęściej nie widzi powodu, dla którego rzeczywistość, w jakiej żyli przed laty, miałaby się zmieniać Jakub Ostałowski

Niesielskie życie daleko od szosy – cz. 1

O tym, czy polska wieś się zmienia, mówią dr hab. Monika Stanny i prof. dr hab. Andrzej Rosner z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, autorzy raportu „Monitoring rozwoju obszarów wiejskich”.


 

 

Naszymi rozmówcami są

 

Monika Stanny
Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa, Polska Akademia Nauk, Warszawa
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Dr hab. Monika Stanny jest ekonomistą i geografem. Od czerwca 2016 r. sprawuje funkcję dyrektora IRWiR PAN. Badawczo zajmuje się m.in. zróżnicowaniem przestrzennym rozwoju społeczno-gospodarczego, demografią i rynkiem pracy na wsi.

 

Andrzej Rosner
Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa, Polska Akademia Nauk, Warszawa
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Prof. dr hab. Andrzej Rosner jest filozofem i ekonomistą. Pracuje w Zakładzie Ekonomii Wsi IRWiR. W latach 1997–2008 był zastępcą dyrektora ds. naukowych IRWIR PAN, a w okresie 2008–2012 dyrektorem. Jego zainteresowania naukowe obejmują m.in. zatrudnienie i bezrobocie, wiejskie i lokalne rynki pracy oraz migracje wewnętrzne.

 


 

Academia: Przez kilka lat przyglądali się państwo uważnie polskiej wsi. Na początek: czy można powiedzieć, że jest ona nowoczesna?

Andrzej Rosner: Próby włączenia mieszkańców wsi w nowoczesność są, niestety, trudne. Szczególnie w przypadku obszarów popegeerowskich. My się cieszymy, że wieś została już w Polsce zelektryfikowana i zwodociągowana. Ale nie wszyscy są z tego powodu zadowoleni. Widziałem taką wieś, w której z unijnych pieniędzy wybudowano wodociągi i ani jedno gospodarstwo się nie podłączyło, bo za to trzeba płacić. A po co to robić, kiedy można sobie za darmo wyciągnąć ze studni?

 

Monika Stanny: Inny przykład to gospodarka odpadami. Na wsi popegeerowskiej Pomorza Środkowego, kiedy stanęły kontenery na śmieci, to ludzie zaczęli się wręcz buntować. Łatwiej przecież nieczystości za oborę wyrzucić, zakopać. Ale zupełnie inaczej jest na wsi podmiejskiej. Tu nowoczesność przychodzi wraz z nowymi mieszkańcami, którzy przenoszą się z miasta na wieś.

 

Skąd się taka postawa bierze?

A.R.: Uważam, że to pozostałości gospodarowania naturalnego. W mieście nie potrafimy żyć bez pieniędzy, na wsi – gdzie pieniądz wkroczył później – z powodzeniem się to udaje. Za pewne rzeczy trzeba zapłacić, ale znaczną ilość dóbr można pozyskać inaczej. Choćby w postaci wymiany usług z sąsiadami.

 

Czy to oznacza, że modernizacja wsi dokonuje się w pewnym sensie ponad głowami jej mieszkańców?

M.S.: Dystans do cywilizacji takiej jak w mieście zdecydowanie się skraca. Dzisiaj na wsi ludzie są tak samo ubrani, mają takie same fryzury, jeżdżą podobnymi samochodami. W sklepie na wsi można kupić dokładnie to co w mieście.

 

A.R.: Tyle że starsze pokolenie najczęściej nie widzi powodu, dla którego rzeczywistość, w jakiej żyli przed laty, miałaby się zmieniać. Skracanie tego dystansu odbywa się z dynamiką większą niż zdolność wsi do jej absorpcji.

 

A co z młodymi?

M.S.: Coraz więcej osób studiuje, co trzeci mieszkaniec obszarów wiejskich w wieku 20‒24 lat uczy się. Z drugiej strony ich dystans do studentów z miasta, np. w znajomości języków obcych, uczestnictwa w kulturze, bywa ogromny.

 

Co w takim razie edukacja zmienia w ich sytuacji?

A.R.: Gdyby studia wyższe, tak jak kiedyś, były wartością ogólnocywilizacyjną, zmiana mentalnościowa byłaby znacząca. Dzisiaj jednak jest to element polityki rynku pracy. Jakość poziomu edukacji spada, ale jeżeli połowa rocznika maturzystów – ok. 150 tys. rocznie – idzie na studia, to znaczy, że przez pięć lat są oni przetrzymywani poza rynkiem pracy. A to zmniejsza bezrobocie. To jest pomysł z okresu wielkiego kryzysu z lat 20. XX w. Wtedy Światowa Organizacja Pracy zalecała, by przedłużać okres edukacji, zamiast dawać wcześniejsze emerytury. Bo efekt bilansowy będzie taki sam, a po kryzysie da się uzyskać siłę roboczą o wyższych kwalifikacjach. Ta idea tylko częściowo się sprawdza, ale właśnie jest wykorzystywana.

 

Przed I wojną światową 85% społeczeństwa to byli chłopi, osoby faktycznie utrzymujące się z pracy na roli. O jakim procencie mówimy teraz?

M.S.: Na wsi mieszka dziś 40% ludności Polski, z czego co czwarty mieszkaniec pracuje w rolnictwie indywidualnym. Ale gdy spojrzymy ogółem na udział pracujących w rolnictwie, tj. w relacji do pracującej ludności kraju, to odsetek ten wynosi już tylko ok. 10%. Jest to i tak dużo w stosunku do innych państw Unii Europejskiej.

 

A.R.: Szacowanie ludności zatrudnionej w rolnictwie jest bardzo skomplikowane. Po pierwsze, można posiadać gospodarstwo, ale nie produkować w nim niczego albo produkować tylko na użytek własny. Po drugie, mieszkać w gospodarstwie rodzinnym, jednak pracować poza gospodarstwem. Ale jest także najemna siła robocza, która nie ma gospodarstwa ani ziemi, a pracuje w rolnictwie. Ona zresztą była i przed wojną – to pracownicy gospodarstw dworskich. A poza rolnikami była minimalna liczba ludności bezrolnej – karczmarz, sklepikarz, kowal, nauczyciel...

 

Czym teraz zajmują się ci, którzy nie żyją z rolnictwa?

A.R.: Część ludności wiejskiej dojeżdża do pracy w miastach. Tak się dzieje przede wszystkim na terenach dawnej Galicji. W innych regionach – szczególnie na zachodzie – jest spora liczba ludności, którą można nazwać funkcjonalnie wiejską. To pracownicy administracji, nauczyciele, sklepikarze, ale też właściciele różnych drobnych punktów usługowych, choćby motoryzacyjnych. Minimalna liczba pozarolniczych podmiotów gospodarczych jest na ścianie wschodniej, ale tam prawie połowa ludności niezatrudnionej w rolnictwie pracuje w usługach publicznych. Z czego wynikają te różnice?

M.S.: To, ile jest pozarolniczych miejsc pracy na obszarach wiejskich, bardzo zależy od struktury społeczno-gospodarczej gminy. Istotna jest tu tak zwana renta położenia, czyli czy jesteśmy blisko, czy daleko od centrum miejskiego. Ważniejsza jest także ścieżka historycznego rozwoju. Obszary w Polsce centralnej i wschodniej, które należały do zaboru rosyjskiego, są bardziej monofunkcyjne gospodarczo, tj. z dominacją rolnictwa w strukturze na przykład miejsc pracy w gminie.

 

A.R.: Najlepiej rozwinięty pas to ziemie zaboru pruskiego, które w okresie międzywojennym były w Polsce – od Kaszub, przez Wielkopolskę, aż do Śląska. Na tym obszarze wielofunkcyjność (i powiązany z nią zróżnicowany rynek pracy) ma długie tradycje, poza tym najwcześniej wprowadzono tam powszechne szkolnictwo wiejskie. Mieszkańcy mają więc wyższe aspiracje. Są takie wsie, w których na każdym domu – a właściwie willi – wisi szyld jakiegoś biznesu.

 

M.S.: Rolnictwo jest także świetnie zorganizowane, to tam powstawały pierwsze kasy zapomogowo-pożyczkowe, kółka rolnicze itp. I nawet problemy, jakie zgłaszają mieszkańcy wsi na zebraniach sołeckich, są inne. W Wielkopolsce pytają o drogi, kanalizację i mieszkania, a na Lubelszczyźnie poruszane są problemy, których rozwiązanie nie leży w kompetencjach władz lokalnych, jak np.: brak pracy, nieopłacalność rolnictwa.

 

A.R.: Znaczenie ma tu także kwestia typu migracji. W Kongresówce dominowały definitywne: młody człowiek kończył szkołę i wyjeżdżał ze wsi. Na zachodzie zaś czasowe: ludzie wyedukowani w miastach wracali na wieś i przywozili pewne wzory zachowań, inaczej patrzyli na organizację życia i pracy, mieli nowe potrzeby. Rolnik myśli w kategoriach pór roku, „miastowy” w kategoriach pracy od godziny do godziny. Jak ktoś zechce wybudować sobie domek na wsi, to cieśla ze wschodu mu powie, że przyjdzie na wiosnę. W Małopolsce, Wielkopolsce czy na Podkarpaciu oświadczy, gdzie kontakty z „etatowym” reżimem pracy były większe, powie, że zacznie pracę w piątek wieczorem.

 

Na Lubelszczyźnie czy Podlasiu po wojnie i przez ostatnich 27 lat nie budowano kapitału społecznego? Nic się tam mentalnościowo nie zdarzyło?

A.R.: Tu znów trzeba wrócić do migracji do miast. W Wielkopolsce jest ona wciąż bardzo słaba, bo biznes rozwija się także na wsi. W związku z tym struktura demograficzna rozwija się normalnie. W Polsce wschodniej nie dość, że w wyniku dotychczasowych migracji już jest ogromna przewaga starych ludzi, to młodzi nadal odpływają, a wraz z nimi wypłukują się kompetencje społeczne. Pozostają mało przedsiębiorcze osoby, takie, które boją się ryzyka związanego z migracją. W efekcie zróżnicowanie regionalne się pogłębia.

 

Co więcej, ponieważ kobiety mają większą skłonność do migracji, obserwuje się zakłócenie proporcji młodych kobiet do młodych mężczyzn. W publicystyce obserwuje się, że co jakiś czas powraca temat „rolnik szuka żony”. Z badań wynika, że kobieta ze wsi ma większe szanse znalezienia partnera miejskiego niż chłopak ze wsi dziewczyny miejskiej. Problem ten dotyczy przede wszystkim rejonów odpływu migracyjnego, a więc Polski wschodniej.

 

Bo – stereotypowo – te ze wsi są pracowite i gospodarne?

M.S.: Być może, ale jedno z praw migracji Ravensteina mówi, że generalnie kobiety są bardziej skłonne do migracji niż mężczyźni. Od XIX w. wszystkie badania to potwierdzają. Mapa feminizacji – czyli liczba kobiet w wieku 25‒34 lata na 100 mężczyzn – to odzwierciedla: w Wielkopolsce jest równowaga, a bardzo wypłukana z młodych kobiet jest wschodnia Polska i Mazowsze w obszarach peryferyjnych. Ponadto młode kobiety są obecnie lepiej wykształcone od swoich rówieśników. Jest to czynnik ułatwiający im migracje, zwłaszcza znalezienie pracy i adaptację w środowisku miejskim. Mogę na podstawie naszych badań powiedzieć, że wskaźniki demograficzne są papierkiem lakmusowym przemian społeczno-gospodarczych.

 

A co jest wyjątkowego w Zachodniopomorskiem?

M.S.: Obszary popegeerowskie. Wysokie bezrobocie popegeerowskie powoli przestaje być koszmarem – urzędy pracy nie mają problemu ze znalezieniem zatrudnienia dla kogoś, kto tego chce, bo ludność już się na tyle postarzała, że znaczna jej część przeszła z wieku produkcyjnego w wiek emerytalny. Inni uciekli w bierność zawodową, a więc w system rentowy lub pomocy społecznej. Jest tu bardzo niska przedsiębiorczość, generująca niewiele miejsc pracy, więc młodzież odpływa do miast lub za granicę. To, co w badaniach nas pozytywnie zaskoczyło, to dość duża poprawa w zakresie wskaźników edukacyjnych. Ale czy to powstrzyma młodych przed migracją, to obecnie wielki znak zapytania.

 

A.R.: Szczególnie że inne badania wykazują dziedziczenie biedy, postaw bezradności. Ja więc bym powiedział, że raczej następuje polaryzacja młodego pokolenia niż jednoznaczna poprawa. Inna sprawa, że migracje z tych terenów są przede wszystkim zagraniczne. Dokładnych danych nie mamy, bo polska statystyka jest tak ustawiona, żeby te migracje schować. M.S.: Dziś oficjalnie GUS szacuje, że wyemigrowało ponad 2 mln Polaków, i tę liczbę powinniśmy traktować jako dolną granicę faktycznej liczby emigrantów z kraju.

 

A.R.: Dlatego podkreślamy, że mamy w Polsce dwa rodzaje rzeczywistości: statystyczną i faktyczną. W badaniach jakościowych możemy odkryć rzeczywistość faktyczną, nie znamy jednak skali odkrywanych zjawisk. Badania ilościowe oparte na statystyce powszechnej pokazują nam skalę tych zjawisk, ale nie rzeczywistych, tylko wynikających z konwencji statystycznych. Gdybyśmy opierali się tylko na danych statystycznych, mówilibyśmy o zupełnie fikcyjnej rzeczywistości.

Dzisiaj statystyka powszechna nie daje informacji bardzo podstawowych, takich jak liczba gospodarstw rolnych (różne źródła pokazują odmienne wielkości), zatrudnienie pozarolnicze na wsi itp. Co prawda w danych GUS można znaleźć informacje o liczbie osób zatrudnionych poza rolnictwem w danej gminie, ale dotyczy ona osób zatrudnionych w firmach mających powyżej 9 pracowników. Przecież na wsi większość firm to firmy bardzo małe.

 

M.S.: Postanowiliśmy w trzecim etapie monitoringu rozbudować ankietę gminną wysyłaną do wszystkich badanych jednostek wiejskich i miejsko-wiejskich w kraju, czyli 2174 gmin, o pytanie dotyczące liczby ludności gminy według deklaracji opłaty śmieciowej. To nam powinno pokazać rzeczywistą liczbę ludności w danej gminie. Dotychczas posługujemy się liczbą ludności opartą na statystyce meldunków, a więc niepewnej.

 

Czy na wsi brakuje ziemi? Kiedy się jedzie np. przez Przemyskie, to stoi dom przy domu i nie wiadomo, gdzie się kończy jedna wieś, a druga zaczyna.

A.R.: A z drugiej strony w skali kraju mamy około miliona hektarów leżących odłogiem. Tak że i brakuje, i jest nadwyżka. Ale żeby powiedzieć, jak dalece to jest niejednoznaczne, musimy zmienić temat. W monitoringu mówimy o stopniu dezagraryzacji obszarów wiejskich. W Polsce 10% krajowych zasobów pracy jest skierowanych do rolnictwa. Rolnictwo wytwarza 3,7% PKB. W krajach wysokorozwiniętych – we Francji, w Niemczech – rolnictwo wytwarza około 1% PKB, zatrudnienie wynosi 1,5‒2%. To wielcy eksporterzy żywności, ale rolnictwo jest w strukturze gospodarczej niewielkim działem. My mamy 10% siły roboczej w rolnictwie! To znaczy, że wsparcie rolnictwa trafia do 10% ludności kraju. Można dotować 1 czy 2% ludności, ale skuteczne dotowanie jednej dziesiątej populacji jest szalenie obciążające. Jest na to sposób?

A.R.: Jedynym byłoby zmniejszenie zatrudnienia rolniczego. Ale to oznacza znalezienie miejsc pracy dla tych osób, które są w rolnictwie zbędne. Bo teraz mamy do czynienia z ukrytym bezrobociem: dziecko rolnika, które traci pracę poza rolnictwem albo kończy szkołę i nie ma pracy, zawsze znajdzie zatrudnienie w gospodarstwie rodziców. Może płot malować na przykład, czyli w sumie nic nie robić, a w statystykach bezrobocia go nie ma. Dzisiaj więc ratunkiem dla wsi byłyby nowe miejsca pracy dla osób zbędnych. Ale jak stworzyć 2 mln miejsc pracy na wsi?

 

Ukryte bezrobocie szacowane jest na 2 mln?

A.R.: To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ GUS zmienia definicje pojęć co jakiś czas. W połowie lat 90. prof. Izasław Frenkel z naszego instytutu wyszacował, że w Polsce mamy 1 mln 200 tys. osób zbędnych zatrudnionych w gospodarstwach rodzinnych. A rolny spis powszechny z 1996 r. wykazał 880 tys. Skąd różnica? Prof. Frenkel przyjął, że 400 tys. to osoby, które stałyby się zbędne, gdyby wszystkie usługi, administracja itd., czyli cała organizacja wokół gospodarstwa, były racjonalne. Postawił też kolejne pytanie: co by się stało, gdyby zmienić strukturę gospodarstw na taką, jaką miały Niemcy zachodnie na początku lat 90., czyli średni obszar gospodarstwa ok. 30 ha. Okazało się, że gdyby przyjąć model niemiecki, rolnictwo musiałoby się pozbyć pewnej liczby siły roboczej, która jest związana z rozdrobnieniem i w sumie mielibyśmy znacznie ponad 2 mln osób zbędnych. Co by się stało, gdyby tyle osób weszło na rynek pracy? Żadna reforma Balcerowicza nic by nie dała. Wówczas mieliśmy 3 mln zarejestrowanych bezrobotnych, mielibyśmy 6 mln. Do dziś rolnictwo przechowuje zbędną siłę roboczą.

 

Dlaczego tak się dzieje?

A.R.: W roku 1950, po reformie rolnej i po podziale na Niemcy wschodnie i zachodnie, struktura obszarowa rolnictwa w Polsce i w landach zachodnich była identyczna: średni obszar gospodarstwa wynosił 5 ha. W Polsce bardzo powoli wzrastał i wzrósł do 10 ha. Natomiast w Niemczech proces uprzemysłowienia w latach 50. wyciągnął siłę roboczą z rolnictwa. Oni wtedy przeszli proces koncentracji. U nas teraz problem polega na tym, że przemysł, rozwijając się, nie zwiększa zatrudnienia, bo są nowe technologie, a więc rozwijając się, nie tworzy wystarczającej liczby miejsc pracy dla ludności z gospodarstw rolnych.

 

M.S.: To, że w Polsce nie było pełnej kolektywizacji rolnictwa, można uznać za plus i za minus. Z jednej strony nie ma kłopotów z restrukturyzacją rolnictwa na obszarach popegeerowskich. Z drugiej w Polsce centralnej, wschodniej i południowej, gdzie typowe jest rolnictwo rodzinne, są duże problemy z koncentracją ziemi, kapitału, pracy i produkcji.

 

A.R.: W tej chwili szacuje się, że ok. 80% produkcji towarowej wytwarza mniej więcej 20% gospodarstw. Tych wielkich. To oznacza, że 80% gospodarstw, które nie uczestniczy w rynku, produkuje głównie na użytek własny. My je nazywamy gospodarstwami socjalnymi. M.S. Udział osób utrzymujących się z rolnictwa maleje. I właściwie należałoby to ocenić jako zjawisko korzystne, gdyby nie fakt, że dzieje się to kosztem wzrostu niezarobkowych źródeł utrzymania, czyli np. pomocy socjalnej. Potwierdza to, że konieczna jest dezagraryzacja – zmniejszenie udziału rolnictwa w strukturze źródeł utrzymania z pracy, do takich mniej więcej proporcji jak w wysokorozwiniętych krajach europejskich. Ale mamy też świadomość, że rolnictwo jest pewnym buforem i gdybyśmy bardzo przyspieszyli procesy dezagraryzacji, a nie mielibyśmy co zrobić z ludźmi, to prowadziłoby to do konfliktów społecznych. Tę ludność trzeba zagospodarować, a najskuteczniejszym sposobem jest wytworzenie popytu lokalnego na pracę.

 

Ale czy nie jest tak, że ten stan jest świadomie konserwowany?

M.S.: Niestety, częściowo tak. Na przykład brak reformy KRUS, mimo że było kilka projektów rozwiązania tego problemu. Niektóre zresztą bardzo interesujące, jak propozycja z 2014 r. fundacji Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej czy jeszcze starsza – zaproponowana w ramach reformy finansów publicznych przez wicepremiera Hausnera. Rolnikowi nie opłaca się wyjść z tego systemu ubezpieczeń. Lecz zacznijmy od tego – co jest ewenementem na skalę europejską – że u nas rolnik nie jest przedsiębiorcą i nie płaci podatku. Do badań pozyskujemy dane o liczbie rolników z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która podaje nam liczbę osób pobierających płatności bezpośrednie. Ale czy są to wszystkie gospodarstwa? Badania GUS nie dają jednoznacznej odpowiedzi, o czym profesor Rosner wyżej wspomniał. Przykładowo uzyskaliśmy z Ministerstwa Finansów informację, jaki jest średni dochód podatnika, na podstawie PIT. Wynika z niej, że na tzw. ścianie wschodniej jest sytuacja najmniej korzystna. Ale te dane nie obejmują rolników, bo nie są płatnikami PIT. A przecież wiemy, że np. Podlasie to zagłębie mleczarskie, że są tam zamożni rolnicy, z dużą produkcją i silnymi rynkowymi gospodarstwami rodzinnymi, posiadający dopłaty unijne.

 

A.R.: A dopłaty generalnie powodują, że ludzie nie chcą sprzedawać ziemi, bo co roku dostają premię za to, że ją mają.

 

M.S.: Poza tym stygmatyzuje się wielkoobszarowe gospodarstwa, bo preferuje się i wspiera małe gospodarstwa rodzinne. I do tego mamy jeszcze nowy instrument w postaci 500+. O ile można uznać, że taka pomoc jest potrzebna, o tyle niewątpliwie powinna ona być inaczej adresowana, żeby nie doprowadzić do dezaktywizacji zawodowej kobiet. Inaczej za 20 lat będziemy mieli podobny do popegeerowskiego syndrom 500+. Kobiety, które mając kilkoro dzieci, wyjdą z rynku na 20 lat, a po tym czasie nie będą już w stanie się zaktywizować zawodowo. To może być utracony na zawsze kapitał ludzki.

 

To bardzo ponura perspektywa. Czy można ją zmienić?

A.R.: Pewną nadzieję daje aktualna faza rozwoju demograficznego. Na rynek pracy wychodzą roczniki młodzieżowe, stosunkowo mało liczne (niżu demograficznego), natomiast wiek emerytalny osiągają roczniki powojennego wyżu demograficznego. W efekcie od 5 lat co roku zmniejsza się zasób potencjalnej siły roboczej w Polsce. Zjawisko to, jak pokazują prognozy, będzie trwałe. Powstają więc warunki sprzyjające ograniczaniu bezrobocia oraz aktywizowaniu przez rynek pracy wszystkich wolnych zasobów pracy. W tym również kobiet po okresie przerwy w aktywności zawodowej.

Ponadto w dalszej perspektywie tendencja ta sprzyjać będzie zmianom strukturalnym w rolnictwie. Będą one dla ludności wiejskiej trudne, będą się wiązać z koniecznością zmiany stosunku do ziemi – ojcowizny, ale będą niezbędne. Rolnictwo w obecnej strukturze nie będzie przynosiło dochodów akceptowalnych przez ludność wiejską. Pamiętać jednak trzeba, że zmiany w rolnictwie muszą być skorelowane ze zmianami w jego otoczeniu.

 

Tylko czy każde dobre rozwiązanie jest właściwe dla każdego z obszarów wiejskich?

M.S.: Instrumenty wsparcia powinny być dostosowane do różnego typu problemów, do różnych typów obszarów wiejskich. Tymczasem w „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, w tej chwili przygotowywanej przez rząd, mówi się o wsparciu dla Polski wschodniej, dla Śląska, dla miast dużych, małych, dla wsi, tylko nie mówi się, jak wesprzeć i do kogo wsparcie skierować. Brakuje nam tam priorytetów rozwoju w odniesieniu do obszarów wiejskich. Zapowiadana jest też inna niż dotychczas rola regionów, tj. województw, w programowaniu rozwoju. My uważamy, że to nie programy regionalne powinny być centralizowane, tylko programy centralne powinny być terytorializowane. Przykład: jeżeli osoba rozpoczynająca działalność gospodarczą jest zwolniona przez pierwsze dwa lata z pełnego podatku, to inne powinny być warunki zwolnienia w Lesznowoli czy Konstancinie-Jeziornie, a inne w Hajnówce na Podlasiu czy w Barwicach pod Szczecinkiem. Impuls do prowadzenia działalności gospodarczej powinien być inaczej stymulowany przez państwo.

 

Rozmawiały Anna Zawadzka i Katarzyna Czarnecka
zdjęcia Jakub Ostałowski

 

© Academia nr 3 (47) 2016

 

 

Czytaj także:

„Niesielskie życie daleko od szosy – cz. 2” – wywiad z prof. Zygmuntem Pejsakiem na temat afrykańskiego pomoru świń

„Jaka polska wieś – raport”

Oceń artykuł
(0 głosujących)

„Academia” 2017

„Academia” 2016

    

 

  

 

                                                          

„Academia” 2015

    

 

    

 

                                                             

„Academia” 2014

    

    

„Academia” 2013

    

    

„Academia” 2012

         

     

„Academia” 2011

   

    

„Academia” 2010

    

    

„Academia” 2009

    

    

„Academia” 2008

    

    

„Academia” 2007

    

    

„Academia” 2006

    

    

„Academia” 2005

    

    

Tematy

agrofizyka antropologia kultury antropologia społeczna archeologia archeometalurgia architektura arteterapia astrofizyka astronomia badania interdyscyplinarne behawioryzm biochemia biologia biologia antaktyki biologia płci biotechnologia roślin botanika chemia chemia bioorganiczna chemia fizyczna chemia spożywcza cywilizacja demografia edukacja ekologia ekologia morza ekonomia energia odnawialna etnolingwistyka etnomuzykologia etyka ewolucja fale grawitacyjne farmakologia filozofia finansowanie nauki fizyka fizyka jądrowa gender genetyka geochemia środowiska geoekologia geofizyka geologia geologia planetarna geoturystyka grafen historia historia idei historia literatury historia nauki historia sztuki humanistyka hydrogeologia informatyka informatyka teoretyczna internet inżynieria materiałowa język językoznawstwo klimatologia kobieta w nauce komunikacja kosmologia kryptografia kryptologia kulinaria kultoznawstwo kultura lingwistyka literatura matematyka medycyna migracje mikrobiologia mniejszości etniczne mniejszości narodowe modelowanie procesów geologicznych muzykologia mykologia nauka obywatelska neurobiologia neuropsychologia ochrona przyrody orientalistyka ornitologia paleobiologia paleontologia palinologia parazytologia PIASt politologia polityka społeczna polska na biegunach prawo protonoterapia psychologia psychologia zwierząt robotyka seksualność socjologia szczepienia sztuka technologia wieś w obiektywie wulkanologia zastosowania zdrowie zoologia zwierzęta źródła energii żywienie

Komentarze

O serwisie

Serwis naukowy prowadzony przez zespół magazynu Academia PAN.Academia Zapraszamy do przysyłania informacji o badaniach, aktualnie realizowanych projektach naukowych oraz imprezach popularyzujących naukę.

 

Dla użytkowników: Regulamin

Pliki cookies

Informujemy, że używamy ciasteczek (plików cookies) w celu gromadzenia danych statystycznych, emisji reklam oraz prawidłowego funkcjonowania niektórych elementów serwisu. Pliki te mogą być umieszczane na Państwa urządzeniach służących do odczytu stron, a korzystając z naszego serwisu wyrażacie Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Więcej informacji o celu używania i zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce: TUTAJ

Wydanie elektroniczne

Kontakt

  • pisz:

    Redakcja serwisu online
    Academia. Magazyn Polskiej Akademii Nauk
    PKiN, pl. Defilad 1, pok. 2110
    (XXI piętro)
    00-901 Warszawa

  • dzwoń:

    tel./fax (+48 22) 182 66 61 (62)

  • ślij:

    e-mail: academia@pan.pl